• 0 Vote(s) - 0 Average
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5


Szpony ze Stali
#1
Hej, przybywam tutaj po długiej przerwie postowania czegokolwiek. Zdałem sobie sprawę, że edytor WC3 to nie moja bajka, albo po prostu nie chcę się go nauczyć (najprawdopodobniej to drugie, jestem leniwą osobą), więc postanowiłem się zająć czymś innym. Najpierw poleciał kanał na Youtube, po pierwszym filmie (który jak na pierwszy raz miał całkiem sporo wyświetleń) i po komentarzu jednego typka, zdałem sobie sprawę, że tego wszystkiego jest za dużo. Pierdyliard rzeczy trzeba zrobić, żeby film był lepiej oglądalny, no niby zawsze na początku jest najciężej, ale jak mówiłem, jestem leniwy. W pewnym momencie (jakieś 3 miesiące temu) stwierdziłem, że skoro dobrze mi wychodzą jakieś rozprawki z Polskiego, to może opowiadanie napiszę. No i napisałem, taką jakby pierwszą wersję, trafiły tam 3 rozdziały, na oko jakieś 10-15 stron książkowych. Mało, wiem, że mało, zdałem sobie później sprawę. Jak tak patrzyłem na to opowiadanko, to było słabe, więc postanowiłem stworzyć je od początku, w głowie mam już w miarę uniwersum i sobie teraz to dokładam do wszystkiego. Nie twierdzę, że ten tekst jest dobry, jest też raczej krótki, ale jest na pewno lepszy, niż moje poprzednie prace (w szczególności "Czarne Złoto Dafajos", teraz wiem, że napisałbym to lepiej).                   

No, to miłego czytania życzę!

                                                                                      Opowiadanie - Szpony ze Stali
Rozdział 1 - "Żołnierz"

I
  - Trzymać szyk! - zakrzyknął dowódca. - Trzymać szyk, powiedziałem!
Pierwszy, walczący już dobrą godzinę oddział, ledwo się bronił, trzeba mu było ruszyć na pomoc. Nasz za to, stał jak słup, patrząc się na śmierć dziesiątek naszych ludzi. W końcu, Roderyk, dość silny żołnierz spod naszego sztandaru, krzyknął do dowódcy.
- Kapitanie, musimy się ruszyć, wspomóc naszych!
Dowódca spojrzał na Roderyka, odchrząknął i skierował dłoń w stronę pola walki, po czym krzyknął.
- Naprzód bracia! Naprzód, ratować Edir! - z ogromnym entuzjazmem. - Śmierć tutaj, to dobra śmierć!
Pognaliśmy wtedy w stronę naszych, przy okazji zwołując do boju dwie kolejne dywizje. Praktycznie wbiegliśmy we wroga, kilku z nich nadal stało na nogach, ale reszta leżała albo martwa, albo ranna. Zaczęliśmy prowokować tych, co się ostali, chwilę potem uciekli, więc rozpoczęliśmy szukanie naszych rannych, oraz grabienie ciał wrogów.


  Niebo nagle pochmurniało, wręcz stało się czerwone, jakby krew. Pole walki spowiła, również czerwona, mgła, że oko wykol. Wszyscy zwróciliśmy się w stronę jakby centrum tej mgły, zaskoczeni czymś takim. Dowódca wydał rozkaz ustawienia formacji, więc utworzyliśmy mur tarcz, między nami stanęli łucznicy. Taka formacja była nazywana chodzącym wałem. Staliśmy więc w murze, pilnie przyglądając się mgle. Nagle, po kilku minutach czekania, z mgły zaczęły wyglądać jakieś cienie.                                   
- Utrzymać pozycję! - krzyknął dowódca. - Nie wiadomo, czym jest to coś we mgle, ale na pewno nie jest przyjaźnie do nas nast.....
Kapitan oberwał od bestii, która wyskoczyła na niego z obłoku. Po chwili na nas wszystkich spadł jakby deszcz tych dzikich - ludzi. Lewa flanka padła najszybciej, tam też było ich najwięcej. Rozszarpywały odzianych w zbroje płytowe żołnierzy tak, jakby byli nadzy. Ubiliśmy może kilka z nich, kiedy cała nasza obrona była zdewastowana. Na szczęście przybył jeszcze jeden legion, liczący 4 dywizje. Wszarżowali się w te istoty i je pocięli na strzępy, a z naszego legionu zostało kilkanaście wojowników, z niecałej setki. Po krótkim podziękowaniu naszym za pomoc, z mgły wyskoczyły kolejne bestie, tym razem wiedzieliśmy, jak się z nimi obchodzić i po kolei je zabijaliśmy. Nawet się nie zorientowaliśmy, jak z nieba zaczęły spadać ogniste, niby kule.
 
  Zaczęły palić naszą armię, jak wiedźmy na stosach. Jeden po drugim, wszyscy padali na ziemię albo trafieni kulą, albo zabici przez bestie, które wydawały się nie przejmować ogniem.
- Walczcie do końca, żołn..... - kapitan padł na ziemię, ugodzony szponem jednej z wrogich istot. 
Tych z kolei było coraz więcej, jakby mnożyły się w tej cholernej mgle. Zostało pięciu naszych ludzi, w tym i ja, najwyższy stopniem wojskowym. Spojrzałem w górę, tych jakby słupów ognia waliły na ziemię ogromne ilości, staliśmy przerażeni w kręgu, jednak nadal nie dopuszczając bestii do siebie. Wtem, ogromna kula ognia leciała na nasz oddział.
- Ożeż cholera!

I tym akcentem kończymy na dzisiaj, nie mam pojęcia, czy to jest dobre, mi się w miarę podoba. Jeżeli wam też się spodoba, to może wrzucę jeszcze więcej, jeszcze mam w zanadrzu trochę więcej tego, zresztą, nadal się tworzy. Także, mam nadzieję, że się podoba, miłego dnia życzę! 
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#2
  • "Patrząc się na śmierć" brzmi słabo
  • Wspomnienie o tym, że to "dość silny żołnierz" jest zupełnie zbędne
  • Za dużo tych przecinków
  • Powtórzenia typu "mgła, że oko wykol [...] tej mgły"
  • Słabo brzmi "czymś takim"
  • Za dużo kropek ".....". Wielokropek to "..."
  • Kwestia dowódcy nie oddaje atmosfery, zamiast wyrazić się w krótkich, żołnierskich słowach to trochę przeciąga
  • No i później to "Kapitan oberwał" (pomijając fakt że oberwał brzmi strasznie kiepsko) takie wbite, nie na miejscu. Jakby tam było coś w stylu "Nagle z obłoku wyskoczyła bestia... cośtam coś" to by było lepsze IMO.
  • Myślnik w słowach "dzikich - ludzi" jest niepotrzebny.
  • "Wszarżowali się" Pls xD Nie ma takiego słowa jak "wszarżowali" a na pewno nie "wszarżowali się"
  • "Podziękowaniu naszym" ech, chyba "naszym podziękowaniu", ale ok
  • "nie zorientowaliśmy, jak..." to też źle brzmi. Powinno zamiast tego "jak" być "gdy". No i po co to "niby" w "niby kule" xD ogniste kule jest okej i wystarczy
  • Powtórzenie "kule [...] kulą"
  • Znowu źle zrobiony wielokropek
  • Rozumiem, że to ma być jakaś opowieść, bo taką ma formę, jakby było przez kogoś opowiadane. Ale skoro któryś z tych żołnierzy opowiada, to powinien coś od siebie dodać. Co wtedy czuł, jak zareagował, itd., żeby jego rola w tym była jakakolwiek i żeby ta narracja miała sens
01110001011110001110011
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#3
Co do wstępu - nie żeby coś, ale projekty tworzyć można nie tylko od strony technicznej. ;-)
Jeżeli masz dobre pomysły i umiesz je opowiedzieć, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby to inni tworzyli dla Ciebie mapy, według Twojego planu.
Chociaż lenistwo rzeczywiście mogłoby tu stanąć na przeszkodzie.
 
  • Rzecz, która odróżnia dobrego pisarza od kiepskiego - potrafi jedną rzecz ubrać w sto różnych epitetów.
    W opowieści bardzo źle wygląda, jeśli jakieś słowo powtarza się kilkukrotnie, w nie-zmienionej formie. Zobacz jak często powtarza się słowo "mgła mgły mgle"

    zamiast tego możesz powiedzieć:
    " [...] Wszyscy zwróciliśmy się w stronę jakby centrum tego pomroku"
    "[...]  Nie wiadomo, czym jest to coś, wśród owej mglistej powłoki"  - zobacz, cały czas wiadomo, że chodzi o mgłę, a masz szansę obrać to
    w bardziej zgrabną formę.

    [...] Kapitan oberwał od bestii, która wyskoczyła na niego z obłoku. <- coś takiego.  Możesz też unikać wielu wzmianek o mgle
    Jeżeli nie wiesz, jaki synonim użyć, możesz posłużyć się internetowym słownikiem synonimów. Żaden wstyd - a myślę że 90% twórców z niego korzysta.


  • Zdecydowanie za szybko rozgrywa się akcja
    to, co opisałeś wygląda mi bardziej na sen, opowiadany w pośpiechu, niż na faktyczną formę wydarzeń. Im bardziej opisowo jest coś
    zilustrowane, tym lepiej dla odbioru. Od wyjścia potworów z mgły, do walki minęło zaledwie kilka zdań.
    Nie byłem w stanie poczuć tego klimatu, ponieważ zbyt szybko się to wszystko wydarzyło.

    Proponuję poćwiczyć ci opisywanie akcji w jakiejś małej lokacji.
    Na przykład w karczmie, lub podczas rozmowy żołnierzy.

    Najlepszym, co możesz dla siebie zrobić jednak jest po prostu słuchanie audiobooków, żebyś miał jak na tacy
    pokazane: o co w tym wszystkim chodzi.
    Jeśli będziesz dalej pisać, nie zniechęcisz się, to forma będzie się poprawiać. Jednak zawsze warto mieć jakieś źródło inspiracji.

  • Opisywanie kwestii jednym zdaniem, raczej źle robi opowiadaniu. Postaraj się, aby opisy walki, otoczenia były bardziej rozbudowane.
    Jak wygląda ten świat? Na co można zwrócić większą uwagę?

  • Unikaj też proszę przesadnych bluzg. Prawie zawsze wygląda to źle, w opowiadaniach. Jeżeli "cholera" jest wpleciona, w pierwsze lepsze zdanie,
    bez emocji - to nie ma tego wydźwięku.
    Jest to zwykła bluzga, która nic nie wnosi.  Te same słowo, opisujące gorycz, lub czyjś ból, może się okazać niezastąpione, jeżeli chcemy
    dosadnie pokazać, jak ciężka jest jakaś sytuacja.

    ----------------------------------------------------------

trochę praktyki, fragment:

[...]- Walczcie do końca, żołn..... - kapitan padł na ziemię, ugodzony szponem jednej z wrogich istot. 
Tych z kolei było coraz więcej, jakby mnożyły się w tej cholernej mgle. Zostało pięciu naszych ludzi, w tym i ja, najwyższy stopniem wojskowym.
Spojrzałem w górę, tych jakby słupów ognia waliły na ziemię ogromne ilości, staliśmy przerażeni w kręgu, jednak nadal nie dopuszczając bestii do siebie. Wtem, ogromna kula ognia leciała na nasz oddział.
- Ożeż cholera!


opisałbym tak:

Kapitan w ferworze walki robił wszystko, aby odgrodzić drogę między potworami, a naszym oddziałem. Bez namysłu rzucił się na
poczwarę, rozdzierając jej gardło swoim buzdyganem. Potworom jednak nie było końca, jak gdyby pojawiały się z samego dna piekła, ciągnąc za sobą niewypowiedziane fatum.
Kolejne monstrum zaskoczyło kapitana - gdy ten, w napadzie furii nacierał na kolejne zastępy nieprzyjaciół, bestia uwiła mu się na ramieniu, rwąc płaty skóry
naszego dowódcy, razem z pancerzem. Potwór jednak nie miał na tyle szczęścia i chcąc zasmakować kolejny kąsek ludzkiego mięsa - jeden z żołnierzy, który przygotowywał się od dłuższego czasu, odrąbał mu łeb, sprawnym i silnym ruchem ostrza.
Kapitan coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że walki nie będzie końca. Albo oni, albo my.
Obrócił się do mnie, jakby.. ostatnim tchem prosił, nie błagał mnie abyśmy przetrwali ten obłęd. Abyśmy wyszli z tego cało
"Jeszcze t-trochę, walczcie do końca, moi żołnierze. To jeszcze nie k... khh.. 

umilkł.
Kapitan padł na ziemie, pod naporem tego plugastwa.
Jego klatka piersiowa była przeszyta, o zgrozo, była przeszyta na wylot szponem tych bestii.
Żołnierz, który jeszcze przed chwilą uratował naszego dowódce - stał teraz w osłupieniu widząc jak bestia, w mgnieniu oka 
odebrała życie, które tak bardzo starał się ochronić.

Potworów było coraz więcej i nic nie zapowiadało tego, aby ten chaos miał się w ogóle kiedyś skończyć. Zostało pięciu naszych. Pięciu niedobitków z tak licznej kompanii.
Wielki batalion rozgromiony przez istoty z dziwnej mgły..  Dowództwo? Ach, polegli pierwsi. Zostałem tylko ja. Zostałem ja, z grupką partyzantów. Sami, przeciw całemu światu.
Moją głowę non-stop przeszywały dziwne myśli. 
Dlaczego? Ale dlaczego ja!? Dlaczego to właśnie mnie musiało spotkać! Co nami kierowało, kiedy wchodziliśmy prosto w paszczę bestii.
Z chwilą, gdy kolejny żołnierz padł na ziemię zrozumiałem.. nie, ja po prostu wiedziałem, że nie mogę tutaj zdechnąć. Wiedziałem, że ten
koszmar musi się w końcu skończyć. Nie, zakończymy to Tu i Teraz. Albo One, te bezkształtne demony, albo my. Zebrałem w sobie tyle mocy ile tylko zdołałem, krew napłynęła mi do skroni
i czułem się przez tą jedną chwilę bardziej obecny, niż chyba kiedykolwiek wcześniej. 
Bardziej żywy, niż w przeciągu całego pieprzonego życia, czułem się.. w obliczu niechybnej śmierci?


.. Ale dość tego. Nikt nas nie zapamięta, jeśli tutaj zdechniemy. Pewnym ruchem miecza, rozkazałem pozostałym zebrać się w grupę. W niewielki okrąg, dookoła mnie.
"Jeśli mamy to przetrwać, musimy trzymać się blisko siebie!"
"W grupie stwory nas nie złamią! Przynajmniej na razie.."  Powoli spojrzałem w górę, aby ocenić, w jak krytycznym momencie się znaleźliśmy.
Z nieba biły ogromne słupy ognia, które wręcz zapierały dech, w naszych piersiach i to bynajmniej nie z zachwytu.
Czuliśmy, że ten obłęd może zakończyć się równie szybko, co się rozpętał.  Ktoś z oddziału wypowiedział ciche "o cholera" widząc, co nadciągało.


--------------------
  • Zwróć proszę uwagę, jaka jest różnica pomiędzy obiema wersjami. Tutaj pozwoliłem sobie opisać wydarzenie, z perspektywy jednej osoby.
    Zobacz, ile dowiedziałeś się z obu wersji. Jeśli chcesz stworzyć autentyczny klimat, warto wszystko wziąć pod uwagę.
    Pisałem to oczywiście pod wpływem chwili, sam się jeszcze uczę.


Rada -> wybieraj audiobooki, nad książkami. Lektura Achai rozwinęła mnie, pod względem twórczym bardziej,
niż  10 ostatnio przeczytanych powieści.
Słyszysz i zapamiętujesz, jak wygląda konstrukcja zdań, myśli bohatera i opisy świata.

Rada -> sprawdzaj opowiadania innych małych twórców, porównuj je ze sobą.
Unikaj określeń typu "jakieś cienie", czytelnik nie musi wiedzieć o co ci chodzi. Lepiej zawsze opisać za dużo, niż za mało.


Słowem końca - cieszę się, że próbujesz swoich sił w pisaniu. Trzymam kciuki za Twój rozwój.
Nie poddawaj się, cokolwiek by tobie mówili. Im dłużej piszesz, tym lepszy po prostu się staniesz.
Sam pomysł na opowiadanie jest niezły, choć wymaga znacznie więcej szlifu. Czekam na dalsze części! :-)


ps. I nie zgodzę się z Ravanem, sądzę że dobrze idzie ci z przecinkami, choć reszta uwag była celna.
Przecinki są tam gdzie być powinny - tekst ma brzmieć właściwie, a nie być napisany stylistycznie.
Jeżeli postać mówi powoli, akcentuje niektóre słowa, wtedy jest to okej. Ważne, abyś przy czytaniu rozumiał, czemu go tam postawiłeś.
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#4
(10.07.2019, 21:40)Ravan3 Wrote:
  • "Patrząc się na śmierć" brzmi słabo
  • Wspomnienie o tym, że to "dość silny żołnierz" jest zupełnie zbędne
  • Za dużo tych przecinków
  • Powtórzenia typu "mgła, że oko wykol [...] tej mgły"
  • Słabo brzmi "czymś takim"
  • Za dużo kropek ".....". Wielokropek to "..."
  • Kwestia dowódcy nie oddaje atmosfery, zamiast wyrazić się w krótkich, żołnierskich słowach to trochę przeciąga
  • No i później to "Kapitan oberwał" (pomijając fakt że oberwał brzmi strasznie kiepsko) takie wbite, nie na miejscu. Jakby tam było coś w stylu "Nagle z obłoku wyskoczyła bestia... cośtam coś" to by było lepsze IMO.
  • Myślnik w słowach "dzikich - ludzi" jest niepotrzebny.
  • "Wszarżowali się" Pls xD Nie ma takiego słowa jak "wszarżowali" a na pewno nie "wszarżowali się"
  • "Podziękowaniu naszym" ech, chyba "naszym podziękowaniu", ale ok
  • "nie zorientowaliśmy, jak..." to też źle brzmi. Powinno zamiast tego "jak" być "gdy". No i po co to "niby" w "niby kule" xD ogniste kule jest okej i wystarczy
  • Powtórzenie "kule [...] kulą"
  • Znowu źle zrobiony wielokropek
  • Rozumiem, że to ma być jakaś opowieść, bo taką ma formę, jakby było przez kogoś opowiadane. Ale skoro któryś z tych żołnierzy opowiada, to powinien coś od siebie dodać. Co wtedy czuł, jak zareagował, itd., żeby jego rola w tym była jakakolwiek i żeby ta narracja miała sens

Tak w zasadzie, to dopiero się uczę takiego pisania. Żadnego doświadczenia nie mam, nie licząc pierwszej wersji tego właśnie . Wiem, popełniam dużo błędów, staram się je jakoś ograniczyć. Oczywiście nie zawsze wychodzi, co np widać tutaj.
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#5
(10.07.2019, 23:02)Martinez Wrote: Co do wstępu - nie żeby coś, ale projekty tworzyć można nie tylko od strony technicznej. ;-)
Jeżeli masz dobre pomysły i umiesz je opowiedzieć, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby to inni tworzyli dla Ciebie mapy, według Twojego planu.
Chociaż lenistwo rzeczywiście mogłoby tu stanąć na przeszkodzie.
 
  • Rzecz, która odróżnia dobrego pisarza od kiepskiego - potrafi jedną rzecz ubrać w sto różnych epitetów.
    W opowieści bardzo źle wygląda, jeśli jakieś słowo powtarza się kilkukrotnie, w nie-zmienionej formie. Zobacz jak często powtarza się słowo "mgła mgły mgle"

    zamiast tego możesz powiedzieć:
    " [...] Wszyscy zwróciliśmy się w stronę jakby centrum tego pomroku"
    "[...]  Nie wiadomo, czym jest to coś, wśród owej mglistej powłoki"  - zobacz, cały czas wiadomo, że chodzi o mgłę, a masz szansę obrać to
    w bardziej zgrabną formę.

    [...] Kapitan oberwał od bestii, która wyskoczyła na niego z obłoku. <- coś takiego.  Możesz też unikać wielu wzmianek o mgle
    Jeżeli nie wiesz, jaki synonim użyć, możesz posłużyć się internetowym słownikiem synonimów. Żaden wstyd - a myślę że 90% twórców z niego korzysta.


  • Zdecydowanie za szybko rozgrywa się akcja
    to, co opisałeś wygląda mi bardziej na sen, opowiadany w pośpiechu, niż na faktyczną formę wydarzeń. Im bardziej opisowo jest coś
    zilustrowane, tym lepiej dla odbioru. Od wyjścia potworów z mgły, do walki minęło zaledwie kilka zdań.
    Nie byłem w stanie poczuć tego klimatu, ponieważ zbyt szybko się to wszystko wydarzyło.

    Proponuję poćwiczyć ci opisywanie akcji w jakiejś małej lokacji.
    Na przykład w karczmie, lub podczas rozmowy żołnierzy.

    Najlepszym, co możesz dla siebie zrobić jednak jest po prostu słuchanie audiobooków, żebyś miał jak na tacy
    pokazane: o co w tym wszystkim chodzi.
    Jeśli będziesz dalej pisać, nie zniechęcisz się, to forma będzie się poprawiać. Jednak zawsze warto mieć jakieś źródło inspiracji.

  • Opisywanie kwestii jednym zdaniem, raczej źle robi opowiadaniu. Postaraj się, aby opisy walki, otoczenia były bardziej rozbudowane.
    Jak wygląda ten świat? Na co można zwrócić większą uwagę?

  • Unikaj też proszę przesadnych bluzg. Prawie zawsze wygląda to źle, w opowiadaniach. Jeżeli "cholera" jest wpleciona, w pierwsze lepsze zdanie,
    bez emocji - to nie ma tego wydźwięku.
    Jest to zwykła bluzga, która nic nie wnosi.  Te same słowo, opisujące gorycz, lub czyjś ból, może się okazać niezastąpione, jeżeli chcemy
    dosadnie pokazać, jak ciężka jest jakaś sytuacja.

    ----------------------------------------------------------

trochę praktyki, fragment:

[...]- Walczcie do końca, żołn..... - kapitan padł na ziemię, ugodzony szponem jednej z wrogich istot. 
Tych z kolei było coraz więcej, jakby mnożyły się w tej cholernej mgle. Zostało pięciu naszych ludzi, w tym i ja, najwyższy stopniem wojskowym.
Spojrzałem w górę, tych jakby słupów ognia waliły na ziemię ogromne ilości, staliśmy przerażeni w kręgu, jednak nadal nie dopuszczając bestii do siebie. Wtem, ogromna kula ognia leciała na nasz oddział.
- Ożeż cholera!


opisałbym tak:

Kapitan w ferworze walki robił wszystko, aby odgrodzić drogę między potworami, a naszym oddziałem. Bez namysłu rzucił się na
poczwarę, rozdzierając jej gardło swoim buzdyganem. Potworom jednak nie było końca, jak gdyby pojawiały się z samego dna piekła, ciągnąc za sobą niewypowiedziane fatum.
Kolejne monstrum zaskoczyło kapitana - gdy ten, w napadzie furii nacierał na kolejne zastępy nieprzyjaciół, bestia uwiła mu się na ramieniu, rwąc płaty skóry
naszego dowódcy, razem z pancerzem. Potwór jednak nie miał na tyle szczęścia i chcąc zasmakować kolejny kąsek ludzkiego mięsa - jeden z żołnierzy, który przygotowywał się od dłuższego czasu, odrąbał mu łeb, sprawnym i silnym ruchem ostrza.
Kapitan coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że walki nie będzie końca. Albo oni, albo my.
Obrócił się do mnie, jakby.. ostatnim tchem prosił, nie błagał mnie abyśmy przetrwali ten obłęd. Abyśmy wyszli z tego cało
"Jeszcze t-trochę, walczcie do końca, moi żołnierze. To jeszcze nie k... khh.. 

umilkł.
Kapitan padł na ziemie, pod naporem tego plugastwa.
Jego klatka piersiowa była przeszyta, o zgrozo, była przeszyta na wylot szponem tych bestii.
Żołnierz, który jeszcze przed chwilą uratował naszego dowódce - stał teraz w osłupieniu widząc jak bestia, w mgnieniu oka 
odebrała życie, które tak bardzo starał się ochronić.

Potworów było coraz więcej i nic nie zapowiadało tego, aby ten chaos miał się w ogóle kiedyś skończyć. Zostało pięciu naszych. Pięciu niedobitków z tak licznej kompanii.
Wielki batalion rozgromiony przez istoty z dziwnej mgły..  Dowództwo? Ach, polegli pierwsi. Zostałem tylko ja. Zostałem ja, z grupką partyzantów. Sami, przeciw całemu światu.
Moją głowę non-stop przeszywały dziwne myśli. 
Dlaczego? Ale dlaczego ja!? Dlaczego to właśnie mnie musiało spotkać! Co nami kierowało, kiedy wchodziliśmy prosto w paszczę bestii.
Z chwilą, gdy kolejny żołnierz padł na ziemię zrozumiałem.. nie, ja po prostu wiedziałem, że nie mogę tutaj zdechnąć. Wiedziałem, że ten
koszmar musi się w końcu skończyć. Nie, zakończymy to Tu i Teraz. Albo One, te bezkształtne demony, albo my. Zebrałem w sobie tyle mocy ile tylko zdołałem, krew napłynęła mi do skroni
i czułem się przez tą jedną chwilę bardziej obecny, niż chyba kiedykolwiek wcześniej. 
Bardziej żywy, niż w przeciągu całego pieprzonego życia, czułem się.. w obliczu niechybnej śmierci?


.. Ale dość tego. Nikt nas nie zapamięta, jeśli tutaj zdechniemy. Pewnym ruchem miecza, rozkazałem pozostałym zebrać się w grupę. W niewielki okrąg, dookoła mnie.
"Jeśli mamy to przetrwać, musimy trzymać się blisko siebie!"
"W grupie stwory nas nie złamią! Przynajmniej na razie.."  Powoli spojrzałem w górę, aby ocenić, w jak krytycznym momencie się znaleźliśmy.
Z nieba biły ogromne słupy ognia, które wręcz zapierały dech, w naszych piersiach i to bynajmniej nie z zachwytu.
Czuliśmy, że ten obłęd może zakończyć się równie szybko, co się rozpętał.  Ktoś z oddziału wypowiedział ciche "o cholera" widząc, co nadciągało.


--------------------
  • Zwróć proszę uwagę, jaka jest różnica pomiędzy obiema wersjami. Tutaj pozwoliłem sobie opisać wydarzenie, z perspektywy jednej osoby.
    Zobacz, ile dowiedziałeś się z obu wersji. Jeśli chcesz stworzyć autentyczny klimat, warto wszystko wziąć pod uwagę.
    Pisałem to oczywiście pod wpływem chwili, sam się jeszcze uczę.


Rada -> wybieraj audiobooki, nad książkami. Lektura Achai rozwinęła mnie, pod względem twórczym bardziej,
niż  10 ostatnio przeczytanych powieści.
Słyszysz i zapamiętujesz, jak wygląda konstrukcja zdań, myśli bohatera i opisy świata.

Rada -> sprawdzaj opowiadania innych małych twórców, porównuj je ze sobą.
Unikaj określeń typu "jakieś cienie", czytelnik nie musi wiedzieć o co ci chodzi. Lepiej zawsze opisać za dużo, niż za mało.


Słowem końca - cieszę się, że próbujesz swoich sił w pisaniu. Trzymam kciuki za Twój rozwój.
Nie poddawaj się, cokolwiek by tobie mówili. Im dłużej piszesz, tym lepszy po prostu się staniesz.
Sam pomysł na opowiadanie jest niezły, choć wymaga znacznie więcej szlifu. Czekam na dalsze części! :-)


ps. I nie zgodzę się z Ravanem, sądzę że dobrze idzie ci z przecinkami, choć reszta uwag była celna.
Przecinki są tam gdzie być powinny - tekst ma brzmieć właściwie, a nie być napisany stylistycznie.
Jeżeli postać mówi powoli, akcentuje niektóre słowa, wtedy jest to okej. Ważne, abyś przy czytaniu rozumiał, czemu go tam postawiłeś.

Jak tak patrzę na twój opis sytuacji, to szczerze nie ma porównania. W sumie, to chyba napiszę to jeszcze raz, w sensie bardziej pod klimat. Naprawdę, lepiej mi się czytało ten twój fragment , niż całe moje opowiadanko, muszę się jeszcze sporo nauczyć.

No i dzięki za krytykę, oczywiście.
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#6
Pamiętaj tylko, że piszesz to głównie dla siebie. Nie zniechęcaj się jeśli wyjdzie ci nieco gorzej,
jeśli Tobie będzie się podobać - to już jest okej. 
Fajnie, że cię zainspirowałem do działania, w sumie też wróciła mi chęć pisania pisząc ten fragment. 


jeśli podoba ci się taki styl, a nie wiedziałbyś jak zacząć,
możesz też rozpisać sobie, co ma się dziać, scenariusz w skrócie -> a potem powoli rozwijać poszczególne fragmenty. Wtedy będziesz widział, w jakim miejscu się znajdujesz.
Być może podczas rozpisywania, wpadną ci nowe pomysły, na rozwinięcie, zmianę fabuły. No, powodzenia Oczko
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#7
Przybywam tutaj, z nową wersją mojego opowiadania, takiego jakby mojego uniwersum. Trochę mi zeszło z pisaniem tego, mam nadzieję więc, że się spodoba. To miłego czytania życzę!

                                                                                             Opowiadanie - Szpony ze Stali
Rozdział 1 - "Żołnierz"
I
  - A pamiętacie, jak młodziutki Lazar dopiero uczył się fechtunku? Tak wywijał tym mieczem, że o mało co sobie ręki nie pociął. Raz, jak akurat sobie "trenował" , to przeciął gruby sznur, który trzymał jego ulubionego rumaka. Jak poleciał, tak nikt go więcej nie widział, a Lazarek wtedy podszedł do mnie, podał mi rozcięty fragment sznura i z płaczem powiedział " Konik...Konik uciekł". Ale miałem wtedy ubaw z chłopca. - cała grupa zaczęła się śmiać.                             
- Miałeś o tym nie wspominać, Thorak. - Lazar spojrzał na niego gniewnie. - Byłem wtedy zbyt młody na szermierkę, a ty i tak kazałeś mi się uczyć. Poza tym, konia mi szkoda do dziś.                           
Thorak zaczął chichrać pod nosem.                                                               
- Żarty żartami, ale powinieneś już odpuścić chłopakowi, Thorak. - odezwał się najstarszy z czworga braci, Fritz - Wszyscy kiedyś zaczynaliśmy, więc nie czepiaj się go, a chyba nie chciałbyś, żebym opowiedział o twojej przygodzie z nadworną zielarką?

  W obozie był piękny, spokojny poranek. Aż miło, że akurat dzisiaj, w tak cudowny dzień, mamy walczyć z Baraminami, najeźdźcami z Północy. Od kilku już lat próbują przebić się przez nasze siły, bezskutecznie. Nie rozumiem jednak, czemu nie kontratakujemy, ale to już sprawa dowódców. Ci wszyscy wodzowie, no, może prócz Vabena, oraz Kitgora, to poprostu szlachcice, którzy nie potrafią dobrze rządzić, tym bardziej dobrze walczyć, nie chcą sobie pobrudzić rączek. Akurat nasz dowódca, Kapitan Vaben de Lavour, jest tak naprawdę normalnym żołnierzem, tylko zakutym w przywódcze blachy. To sprawia, że potrafi nami pokierować, zresztą, dzięki jego przywództwu nasz legion wygrał już z pięć bitew, wszystkie były akurat obroną przed Baraminami. Wychodząc z namiotu zauważyłem, że przy jednym z ognisk siedzą wszyscy z braci Shtold, a jako, że wręcz uwielbiałem ich towarzystwo, dosiadłem się doń.

  - Thorak, czemu jesteś takim idiotą? - powiedział prześmiewczo Arno, czwarty z braci. - Po cholerę żeś brał te ziółka? Naprawdę masz szczęście, że nie dała Ci nic zabójczego, byś tu z nami nie siedział.                                                                                                       
- Mówiła, że to pomaga na wielkość małego giermka. I wiecie co? Nie pomogło... - cała kompania zaczęła się śmiać z Thoraka i jego zabaw, szczególnie najmłodszy Lazar, któremu brat zawsze dogryzał, oczywiście tak z miłości, ale potrafiło to zdenerwować.           
- No dobrze, ma ktoś jeszcze jakąś historię? - zapytał Fritz. - Może ty, Gotfrydzie? Skoro jesteś tutaj z nami, musisz coś opowiedzieć.         
- Nie zaszkodzi spróbować... dobra, mam. Pamiętacie może naszą zwycięską bitwę pod Pulawą?                                                                         
- Tego się nie da nie pamiętać! - zakrzyknął Thorak. - Lazarek ubił tam dziesięciu Baraminów, cóż z tego, że mu w tym pomogłem.         
Załóżmy, że to jego sukces.                                                                         
- Zamknij się, Thorak. - Lazar szturchnął brata w ramię. - Co było dalej, Gotfrydzie?
- Po bitwie, jak już wróciliśmy do stolicy, podszedłem do pewnej dziewki, imieniem Aisha, była ona karczmarką w "Drewnianej Budzie". Używając swojej świetnej charyzmy, udało mi się doprowadzić do tego, że udaliśmy się do jej domu. Z początku myślałem, że wszystko pójdzie dobrze, poznamy się bliżej, może do czegoś dojdzie. Nagle, kiedy sobie spokojnie siedzieliśmy, w dosyć przestronnej sali biesiadnej, tak, wyglądała na dosyć bogatą osobę. Wracając, do domu prędko wrócił jej staruszek, nie wyglądał na wesołego. Szybko się okazało, że nie jestem mile widziany w jego domu, również widać było, że jest jakimś weteranem wojennym. Wiedziałem, że w walce nie miałbym szans, do tego nie chciałem zrobić żadnej przykrości Aishy. Dlatego podbiegłem do witraży, pięknych witraży, które wyglądały na ulicę miasta, uchyliłem jeden z nich, stanąłem na krawędzi i...                                                     
- I wtedy podszedł do was kapitan, który zażądał, żebyście się już ruszali, bo będziemy walczyć - pojawił się znikąd dowódca Vaben.           
Vaben był średniego wzrostu, miał włosy koloru brąz, posiadał szramę na pół twarzy, którą zdobył podczas bitwy na polach Yarhas. Akurat ta blizna mu nie przeszkadzała, twierdził, że im więcej ich posiada, tym jest bardziej doświadczony. Oprócz tej szramy, bliźniaczych ran posiadał jeszcze więcej, na całym ciele.                           
- Dobra, chłopaczki, wstawać już. - powiedział Thorak. - Arno, łap topór, Fritz i Lazar, bierzcie swoje miecze. Chodźmy wyrąbać po raz kolejny oddziały Baraminów!
- Najpierw jest zbiórka, rąbać będziesz mógł potem, Thorak. - odezwał się kapitan. - No, ruszać się, chłopy!                                     
- Najwyżej następnym razem dokończę historię. - chwyciłem swój miecz. - Teraz czeka nas kolejna porcja chwały!                                           
- Zakładając, że będzie następny raz. - uśmiechnął się Fritz.

  W obozie stacjonowały dwa legiony, nasz miał sześć dywizji, jakichś trzystu wojowników, drugi natomiast składał się z czterech, około dwóch setek. Nasz miał zostać wysłany pierwszy w bój, byliśmy już w miarę doświadczeni, w porównaniu do świeżaków z drugiego legionu. Nami dowodził oczywiście Kapitan Vaben, ten drugi legion nie miał za dużo szczęścia, kierował nimi Falkest, szlachcic, może dwa razy uczestniczący w prawdziwej bitwie, kilka razy w ulicznych bójkach. Skąd o tym wiem? W naszym legionie jest jeden człowiek, nazywa się Bran, jest takim naszym informatorem. On wie wszystko co się dzieje w obozie, w dużej mierze też poza nim, dlatego wszyscy wiedzą na przykład, że Generał Anhalt sypia z trzema kobietami naraz, a urzędnik Golfold jest hazardzistą i pogrywa w kościanego pokera, za naprawdę duże kwoty. Bran zawsze mówi, że w tym świecie, najważniejsza jest informacja. Ma chłop rację...

  Przechodząc przez obóz, widzieliśmy jeszcze oddział, który zamiast się gotować do walki, wolał pić przy ognisku. Kapitan podszedł do nich, trochę porozmawiali i nagle największy z nich dostał w policzek od Vabena. Wstali tak szybko, że aż kurzyło się pod nimi, pobiegli na miejsce zbiórki, a nawet byli na nim pierwsi.
- Dobra panowie, stanąć w szeregu! Ilu nas jest, konkretnie proszę, poruczniku? - Kapitan Vaben zwrócił się do jego prawej ręki, który był zarazem jego giermkiem, Remusa.
- Więc tak, łącznie z drugim legionem, pół tysiąca żądnych krwii żołnierzy. Zakładając, że przybędzie na czas Szósta Kompania Ochotnicza, to będzie nas sześć setek.         
- Dobrze, nie jest tak źle, wystarczy. - dowódca stanął na jednym z małych wzniesień przed obozem, przed nim staliśmy my, pół tysięczna armia gotowych do walki wojowników. - Słuchajcie mnie, żołnierze. Tuż za wzgórzem przed nami, znajdują się wojacy Baraminów, jest ich około dwóch tysięcy. Ale to zwykłe dzikusy, nie zawodowa armia. Dostaliśmy również pozwolenie od Króla na kontratak, więc, jeżeli wygramy, będziemy mogli wreszcie zakończyć tę bezsensowną, a już kilkuletnią wojnę. - w tym momencie, kapitana zagadał Falkest, żołnierze z przodu słyszeli, że rozmawiali o planie, oraz możliwym przebiegu bitwy.                               
- Boisz się walki? - zapytałem Fritza, wydawał się najbardziej rozważnym z rodzeństwa Shtoldów.
- Eee tam, powinieneś raczej zapytać, czy boję się śmierci. - odpowiedział spokojnie Fritz. - Otóż nie, nie obawiam się ani jednego, ani drugiego. Już żyję sporo czasu na tym świecie, wiem, że strach jest najgorszą rzeczą, jaka może Cię spotkać, ale jest też bardzo naturalną reakcją. Jednak gdybyś żył tak długo, jak ja, wiedziałbyś, że nie ma sensu się bać. Marnujesz tylko swój umysł, a ten u Ciebie wydaje się być dobrym, nie zepsuj go.                                                                       
- Skąd o tym wiesz? To pewnie zaleta wieku, tak? - spojrzałem na weterana, w jego oczach było widać pełno spokoju, najpewniej dlatego uważałem go za rozsądną osobę.
- Czy ja wiem, czy zaleta. Poznaję się na ludziach, to może i jest w pewnym sensie dobra rzecz, ale na dłuższą metę niekoniecznie. Wiesz dlaczego? - Fritz wskazał dłonią na Kapitana Falkesta, który dalej rozmawiał o bitwie z naszym dowódcą. - Spójrz, nigdy nie musiałem słyszeć plotek Brana o nim, a wiem, że jest tchórzem. Naprawdę nie zdziwię się, jak nawet nie dołączy osobiście do bitwy, tylko wyśle swój legion.                                                           
- Jak do tego doszedłeś? Nawet Bran nigdy czegoś takiego nie powiedział.                                                                                                       
- Nie widzisz, jak się trzęsie przy każdym słowie? - mimo tego, że był już w podeszłym wieku, Fritz miał najwyraźniej doskonały wzrok, słuch też miał dosyć dobry, słyszał, kiedy mówiono coś o nim, za jego plecami. Niezbyt się tym przejmował oczywiście, akurat mało go to obchodziło, co inni o nim myślą. - I to nie tylko podczas rozmowy z Vabenem, który jest naprawdę poważnym, oraz poważanym dowódcą, on tak robi podczas rozmów z każdym, nawet kiedy gadał z Thorakiem, jakby się go bał. Nie obawiaj się niczego, bo możesz skończyć jak on. A raczej byś nie chciał.

  Kapitan już zakończył rozmowę z Falkestem, jednak widać było, że coś go trapi. Stanął on ponownie na wzniesieniu, rozwinął mapę, którą podał mu porucznik i zaczął objaśniać nam plan bitwy.                                                                                                       
- ...I wtedy uderzy mój pierwszy legion, drugi natomiast będzie stał na wzgórzu w pogotowiu, możliwe, że Baraminów jest więcej, albo sobie po prostu nie poradzimy. Nie będziemy czekać na Kompanię Ochotniczą, najwyżej dołączą do nas już w trakcie walki. Mam nadzieję, że wszystko jest jasne, bo nie będę się powtarzał. A, jeszcze jedna sprawa, naprawdę chcę, żebyście uważali na siebie, już za dużo dobrych ludzi straciłem w starciach z tymi dzikusami. Nie lekceważcie ich, mimo niezbyt dobrego wyposażenia, nadal mogą być niebezpieczni. - wiedziałem, że Kapitan kieruje te słowa, między innymi, do naszego oddziału. Zawsze staliśmy na pierwszej linii, czasem nawet kpiliśmy z wroga, a już szczególnie Thorak, który raz zawalczył nawet bez zbroi. Jest szaleńcem, ale zarazem świetnym wojownikiem, oraz dobrym przyjacielem. Vaben akurat to w nim lubi, jak każdy. - Także, musimy już ruszać. Uważajcie na siebie i innych, chłopy. Właśnie dzisiaj, dzisiaj możemy zakończyć ten, już zbyt długi, bezwartościowy konflikt. Nie zepsujmy tego, bracia...

  Doszliśmy w końcu, po niecałej godzinie drogi, na wzgórze. Kiedy na nim staliśmy, miałem dziwne przeczucie, że nasz wróg coś knuje. Kilku z oddziału również czuło niepokój.
- Kapitanie, gdzie są Ci Baraminowie? - zapytałem Vabena. Ze wzgórza, na którym stacjonowaliśmy, nie było widać wroga, z żadnej strony.                                             
- Są tam, na polanie przed nami. - dowódca wskazał dłonią środek wielkiej łąki. - Lubią i umieją się ukrywać, pamiętasz przecież, bitwa pod wsią Gerhen, wariaci chowali się w lesie przez jakieś pół godziny, podczas gdy my staliśmy w pełnym słońcu. Oczywiście, mogliśmy zaatakować, ale walcząc z dzikusami w lesie, nie mielibyśmy szans. Ty też tam stałeś, razem z braćmi Shtold, tak? Ehh, jesteście wszyscy naprawdę, świetnymi wojami, ale aroganckimi, jak mało kto, w szczególności Thorak. Czasem mam ochotę uderzyć go, tak prosto w twarz, za swoją niesubordynację. Cholerny Shtold, nienawidzę drania, ale z drugiej strony kocham go, jak brata.
- Z tego co pamiętam, to była jedyna bitwa, jak dotąd, podczas której Baraminami ktoś osobiście dowodził. Prawie im się udało nas pokonać, ten ich wódz, wydawał się być dosyć rozważnym.           
- Gotfrydzie, posłuchaj mnie teraz. To nie przywódca prawie wygrał im bitwę, tylko nasz król. Starzec nie pozwolił ruszyć legionowi Kitgora, który miał nas wspomóc w walce, ponieważ stwierdził, że świetnie damy sobie radę i nie ma takiej potrzeby. Prawie nas wyrżnęli w pień, przecież została tylko setka wojowników, przez tego głupca straciłem tylu dobrych ludzi... Wasz król nie jest moim władcą, ja służę tylko dla Ediru, dlatego muszę się go słuchać. Uwierz mi, nawet bez jego rządów ten kraj by sobie poradził, moim skromnym zdaniem, lepiej. - nigdy nie sądziłem, że Vaben jest aż tak źle nastawiony do króla. Z jednej strony ma rację, nasz władca woli wręcz usługiwać szlachcicom, zamiast chociaż pomóc żołnierzom. Jest skorumpowany, je swoim doradcom z rąk, ale nadal, dzięki jego rządom, nie doszło jeszcze do żadnej rebelii, w porównaniu do Króla Loraka, przez którego cały kraj, wręcz płonął ogniem. - Żołnierzu, po tej bitwie wracamy z powrotem do stolicy, Elderonu, znowu będę musiał się spotkać z tym starcem na naradzie. Jeżeli, po raz kolejny, zacznie coś gadać o tym, jaka to wojna jest niepotrzebna, a armii należy się jakoś pozbyć, to naprawdę, nie ręczę za siebie. Niech lepiej zajmie się byciem psem swoich radnych, a wojnę zostawi prawdziwym Edirczykom, a nie obłąkanym sługusom...

  Błąkając się jeszcze chwilę po dosyć dużym wzgórzu, na którym stacjonowaliśmy, napotkałem na Arno, który siedział w pełnym rynsztunku pod drzewem, spoglądając w dal.
- Jak twoja rana, Arno? - miał on rozcięcie na całej długości ramienia, podczas walki pod Pulawą rzucił się na niego jeden z Baraminów. Był jakby w transie, poruszał się i uderzał szybciej, niż reszta jego pobratymców. Arno nie zdążył zareagować i dzikus przeciął mu rękę swoim toporkiem. Miał szczęście, że nieopodal znajdował się Lazar, który zręcznie wymierzył napastnikowi cios pod żebro. Gdyby nie młody, jeden ze Shtoldów mógł już nie żyć.               
- Jakoś się trzymam, Gotfrydzie. Widziałem, jak rozmawiasz z dowódcą, chodziło o bitwę, jak rozumiem?                                                 
- Tak, o tym rozmawialiśmy, tylko niekoniecznie o tej, która zaraz może się zacząć. Gadaliśmy o Gerhen, oraz o królu.                                     
- O tym głupcu żeście rozmawiali? Nie wiem, czy chciałbym znać szczegóły. - Arno najwyraźniej był tak samo nastawiony do władcy, jak Vaben. - A co o tej bitwie mówiliście? 
- To jest powiązane ściśle z królem. Prawie żeśmy przez niego przegrali, gdyby nie nasza inicjatywa, nie widzielibyśmy się więcej w tak zacnym gronie. Dowiedziałem się, że legion Kitgora, który miał nam wtedy pomóc, został zatrzymany przez naszego władcę właśnie. Wydawać by się mogło, że król jest zdrajcą.
- Wiedziałem, wiedziałem, że ten starzec nie jest godny zaufania.  Posłuchaj mnie również, tak samo, jak posłuchałeś Vabena. W tym legionie, jedyną osobą, która postrzega Króla za odpowiedniego władcę, aktualnie jesteś ty. Nawet Bran, ten wścibski plotkarz, traktuje go dobrze tylko dla interesów. Uwierz mi, trzymaj się z nami, a raczej wyjdzie Ci to na dobre. Słyszałem też, że przeciwko królowi szykuje się rebelia, ale taka naprawdę ogromna, nie taka, jakie były za Loraka.                                     
W tym momencie usłyszeliśmy porucznika, który zadmił w róg, żeby zwołać nas do siebie. Pobiegliśmy więc prędko na zbiórkę, ostatnią, przed wielkim starciem. Bitwa, na którą tak bardzo czekaliśmy, miała, już za chwilę, się zacząć.

  - Żołnierze, za dosłownie chwilę ruszymy do ataku. Tym razem nie będziemy na nich czekać, w tym dniu musimy zwyciężyć. - Vaben stanął przed nami, wyglądał jak człowiek, który naprawdę może nam wygrać to starcie. Cały legion bacznie obserwował ruchy kapitana, słuchał jego słów, po prostu Vaben potrafi stworzyć sobie dobrą reputację. I stworzył. - Pamiętajcie o jednym, nie jesteście tutaj sami. Chrońcie kolegę z boku, a on też was obroni. A teraz, teraz chodźcie za mną, chłopy. Ruszamy zmiażdżyć kolejną armię dzikusów!
Cały legion po tych słowach zaczął wiwatować, potem zaczęły się krzyki. Krzyki, które miały zniweczyć zapał do walki przeciwników. W pewnym momencie, z wysokich traw wyskoczyła armia Baraminów i zaczęła pędzić w naszą stronę. Oni najwyraźniej też chcieli to zakończyć, tu i teraz.                                                                     
- Na nich, panowie. Na nich! - krzyknął dowódca.                                     
Zaczęliśmy biec, ile sił w nogach, prosto w stronę wroga. Słychać było pełno różnych okrzyków, wiwatów, ktoś nawet śpiewał. Byliśmy gotowi na wszystko, na śmierć chyba najbardziej.                   
- Dawać ich tutaj! Naprzód!

  Szarża obu armii zakończyła się, zderzenie dwóch stron wywołało jakby lekki wstrząs ziemi. Niebo pochmurniało, zaczął też padać deszcz. W kilka chwil łąka, która przedtem była piękna i spokojna, zamieniła się w grzęzawisko. Rzeka, która przepływała przez środek tej doliny, płynęła już krwią, zamiast wody. Pośród tego całego bagna staliśmy my, dumny i zawzięty ród Edirczyków, oraz oni, równie zawzięci napastnicy Baraminów. Jednak na polu bitwy każdy jest równy, obie strony mają takie same szanse. My, albo oni. Nie ma innego wyboru.
- Noż cholera, dorwał mnie! - usłyszeliśmy pierwsze jęki z naszego oddziału, był to Hammst, jeden z kilku żółtodziobów w naszym legionie. Pech chciał, że przydzielono go do naszej dywizji, walka na pierwszej linii nie wyszła mu dobrze. Szkoda chłopaka, któryś z naszych go dobił, nie chciał, żeby umierał w męczarniach.                         
Arno walczył tak, jak nigdy dotąd. Był w swoim żywiole, na pierwszej linii i bitwa o wszystko. Czego chcieć więcej? Nawet w walce z dwoma naraz utrzymał się wystarczająco długo, abyśmy mogli się do niego przebić i go wspomóc. Nadal jednak bacznie uważał na swoją ranę, wiedział, że jak teraz dostanie, to po nim. Lazar i Fritz trzymali się razem, bark w bark, ramię w ramię. Przedzierali się coraz głębiej w formację wroga, nie potrafili ich zatrzymać.

  - A gdzie walczył kapitan? - zapytał zaciekawiony historią  karczmarz.                                                                                                     
Tawerna "Stary Kocioł" była dosyć ładną, ale już lekko zniszczoną, siedzibą zbirów wszelakiej maści. Po bitwie musiałem tutaj chodzić, gdyż do karczmy Aishy nie miałem już wstępu, szkoda, podawali tam dobre trunki. Właścicielem "Starego Kotła" jest Bragir, młody, dosyć tłusty chłop, przyjemnie z nim można pogawędzić. Nazwa tawerny pochodzi od, faktycznie już zużytego kociołka, stojącego w jednym z rogów. Bragir używa go do różnych celów, głównie do kwaszenia ogórków, wychodzą naprawdę dobre. Do stolika, przy którym siedzieliśmy, dosiadło się jeszcze trzech osiłków, którzy równie chętnie słuchali o bitwie.                       
- Najpierw karczmarzu poproszę jeszcze jedną kolejkę, dla wszystkich! - Bragir porozdawał wszystkim, którzy siedzieli z nami, po kuflu najlepszego piwa w okolicy. Łyknąłem, oczywiście, a potem znów opowiadałem.                                                                             
- Z Vabenem trzymaliśmy się dosyć blisko, również na pierwszej linii. Kilka razy widziałem , jak kapitan ratuje życie naszym żołnierzom. Swoim wielkim, dwuręcznym flambergiem, rozcinał Baraminów na dwie połowy, bardzo dobrze opanował tę broń. Co jakiś czas krzyczał "Napierać! Dalej!", i takie inne podbudzające do walki słowa. Dawało to naprawdę dużo sił, w każdym z nas wzbudzało to chęć, wręcz zmasakrowania wroga.                                     
- A ta mgła, która teraz znajduje się tuż pod naszymi murami, ona też przez tę bitwę? - zapytał jeden z chłopów przy naszym stole.
- Ten obłok pojawił się na koniec starcia z Baraminami, w ferworze walki prawie jej nie zauważyliśmy. Nagle te wszystkie dzikusy zaczęły uciekać w stronę lasów, oczywiście ucieszyło to nas, ale potem zobaczyliśmy właśnię tę mgłę. Spowiła ona całe pole bitwy krwawym dymem, jakby wszystkie te trupy wydzielały z siebie jakiś odór. A martwych było naprawdę dużo, około połowa legionu została zabita przez napastników. Gdzie byś się nie obejrzał, tam leżeli polegli. Naprawdę, straszny widok, szczególnie, że ta cała krwawa chmura przykryła pole walki, wyglądało to jeszcze tragiczniej.
- Do szyku, żołnierze! Cokolwiek jest w tej mgle, my to zatrzymamy!  - kapitan od razu wiedział, że w obłoku coś się skrywa.                                                                   
Nie mylił się, chwilę po ustawieniu formacji, czerwona chmura, jakby zaraza, przykryła całe pole bitwy, otaczając nas w jej środku. Zaczęły z niej wyglądać cienie, dosyć przerażające sylwetki ludzi z rogami, jakby demony, o których mówią duchowni. Nigdy specjalnie nie słuchałem kaznodziejów, ale teraz przyznaję im rację, takie coś istnieje naprawdę. Staliśmy przerażeni w kręgu, pośrodku nieznanego niebezpieczeństwa. Uwierzcie, jakbyście tam byli, ehh...                                                                           
- Brzmi to, jak w jakiejś bajce. - powiedział Bragir, po czym lekko się uśmiechnął. - Ale chyba masz rację, czerwona, krwawa mgła nie tworzy się bez przyczyny.                 
- Możesz nie wierzyć, ja wiem co widziałem i nie będę się z tym krył. - Bragir spojrzał na mnie w taki sposób, jakby chciał mi powiedzieć, żebym mówił dalej. - Byliśmy osaczeni, nie wiedzieliśmy co robić, staliśmy tak pośrodku niczego, na szczęście Vaben, jak zwykle, podniósł nas na duchu.
- Żołnierze, wiem, że się teraz boicie, ale uwierzcie mi, że ja też. Boję się, że zostaniemy już do końca w tej mgle, do śmierci z głodu i pragnienia. Chyba nie chcecie tak umrzeć, prawda? - wszyscy wojownicy, którzy się ostali, zaczęli krzyczeć różne zdania, najczęściej "Zwycięstwo, albo śmierć", które było hasłem przewodnim naszego legionu. - Przetrwamy to, albo zginiemy próbując, żołnierze!

  W karczmie robił się coraz większy ruch, jeszcze więcej osób przyłączyło sie do naszego stolika, był tutaj nawet Roderyk, nowy wojownik z naszego legionu, któremu nie pozwolono dołączyć do starcia. Bragir podał nam kolejną kolejkę piwa, abyśmy przypadkiem się nie wysuszyli przy opowieści.                                                     
- W jednej chwili z mgły, z każdej strony, wyskoczyły na nas demony. Mimo tego, że staliśmy w grupie , to i tak zaczęli nas rozrywać na kawałki. Pierwszy zginął Anzelm, weteran kilku bitew, bestia po prostu na niego skoczyła i przegryzła mu krtań przez zbroję płytową. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak potężnego, a co dopiero walczyć z czymś takim. Kolejni padali jak muchy, w pewnym momencie zostało nas, z około setki, ze trzydziestu żołnierzy. I wtedy stała się tragedia, przez którą najmłodszy z braci Shtold, Lazar, się cały czas obwinia. Jedna z bestii skoczyła na Thoraka, który zręcznie zdzielił ją tarczą prosto w gębę. Demon tylko lekko odleciał i po chwili rzucił się na Shtolda, który padł razem z nim na ziemię. Szarpali się tak kilka chwil, nikt nie mógł mu pomóc, gdyż każdy również walczył o życie. Lazarowi udało się ubić jedną z tych bestii, wbił jej swój miecz prosto w tułów i zaczął biec w stronę brata. Nie zdążył, nagle został staranowany prosto w bok przez kolejną bestię.         
Thorak dalej leżał na ziemi, walcząc z demonem, jednak nie miał on szans w takiej pozycji. W końcu, zmęczony już walką, opuścił jedną rękę, którą podtrzymywał róg wroga. Bestia uwolniła się w jednej chwili z uścisku jego drugiego ramienia i przebiła mu klatkę rogami, wręcz na wylot. Lazar, po krótkiej walce z napastnikiem, wstał, spojrzał na martwego Thoraka i rzucił się wściekle na bestię, która lekko utkwiła w ciele rogiem. Odciął demonowi łapę, rzucił go na ziemię kilka metrów dalej i zaczął wręcz rozszarpywać. Nigdy nie widziałem tak zniszczonego w środku człowieka, był on tak wściekły, że odrąbał bestii jeden z rogów i przebił nim już kolejną.

  Coraz więcej demonów skakało na nas z mgły, a naszych cały czas ubywało. Lazar w rozpaczy zaczął płakać nad Thorakiem, kiedy to kolejna bestia chciała się rzucić na młodziaka. Skoczyłem na nią, już nie zważałem na demona, z którym cały czas walczyłem, wolałem chociaż spróbować uratować życie Shtolda. Udało mi się, razem z bestią upadliśmy tuż pod nogi Arno, który silnym uderzeniem odrąbał łeb wrogowi swoim toporem.
- Zabierz stąd Lazara! - krzyknąłem do niego. - Zabierz, uciekajcie z tej mgły, przynajmniej spróbujcie!
- Nie mogę tak was zostawić, jesteście dla mnie wszyscy jak bracia. - spojrzał się na mnie, wręcz krwawymi oczyma, widać w nich było chęć zemsty.                                 
- W takim razie chociaż strzeż go, nie możemy stracić kolejnego Shtolda. - złapałem go za bark, uśmiechnęliśmy się do siebie i popchnąłem go w stronę zrozpaczonego brata.
Podbiegłem do Fritza, był chyba najbardziej przytomnym po tym, co się stało.
- Musimy wszyscy ustawić się w kręgu, jesteśmy teraz w zbytniej w rozsypce, tak nie mamy szans!
- Masz rację... Kapitanie! - zakrzyknął do Vabena, który właśnie uporał się z demonem, który nękał go od początku walki. - Rozkaż ustawienie formacji, bo inaczej nas tu wszystkich powyżynają!
Kapitan zadmił w róg, który cały czas wisiał na jego pasku.
- Żołnierze, tworzyć krąg, szybko! - wszyscy, czyli w sumie kilkunastu wojowników, zebrali się w formacji, ustawiliśmy się wokół Lazara, który nawet nie chciał się ruszać, cały czas klęczał nad bratem. - Brońmy się, do końca!
- Kapitanie! - zakrzyknął Bran. - Gdzie jest, do cholery, drugi legion?!

  Właśnie, drugi legion. Był potrzebny o wiele wcześniej, nawet podczas walki z Baraminami, ale przybył dopiero teraz. Nagle z obłoku wybiegli wojownicy Falkesta, którego, jak przewidział Fritz, nie było nawet z wojskiem. Zaczęli rozcinać bestie, które już były lekko zmęczone, o dziwo one mogły się męczyć.                                       
- Gdzieście byli, kiedy was potrzebowaliśmy najbardziej! - Vaben krzyknął do jednego z, można powiedzieć, przedstawicieli legionu.
- Kapitan Falkest dostał od króla rozkaz, aby zostać dalej na wzgórzu i czekać. Stwierdziliśmy, z jakąś połową legionu, że może już nie być na co czekać i przybiegliśmy tutaj, wbrew rozkazom, dowódco. - żołnierz otarł pot z czoła, widać było, że biegli z całych swoich sił.                                                                                                   
- Dobrze żeście zrobili, żołnierzu, a gdzie jest Falkest?
- Dalej na wzgórzu, z resztą wojowników, kapitanie.
- Cholerny tchórz, potrzebowaliśmy Kitgora, a nie tego pseudorycerza. Gdzie jest Remus, moja prawa dłoń?
- Nie żyje, kapitanie. - powiedziałem spokojnie do Vabena. - zginął jako jeden z pierwszych, jeszcze podczas starcia z Baraminami.
- Ehh... Szkoda chłopaka, był jeszcze dosyć młody. Trudno. Żołnierze, wszyscy w krąg, ale to już! Musimy otoczyć i bronić tego Shtolda, nie stracimy kolejnego młodziaka.

  - Jak to się stało, że nawet z pomocą drugiego legionu, wróciło was tak niewielu? - zapytał Roderyk.
- Ogień, to jest odpowiedź na to pytanie. W pewnym momencie ponownie zaczęły wyskakiwać na nas bestie, ale teraz już dawaliśmy sobie z nimi radę. Była nas tam setka, od naszego legionu ledwo dziewiątka, czyli Ja, Arno, Fritz, Lazar, Bran, Vaben, oraz trójka pijaczyn z obozu, którzy, o dziwo, walczyli wręcz doskonale. Byłoby dziesięciu, gdyby nie... Ehh, Thorak.
- Spokojnie, Gotfrydzie, nam też będzie go brakować. - Bragir poklepał mnie po ramieniu. - Był naszym stałym bywalcem. Opowiadaj dalej i nie martw się, aż tak.             
- Najwyraźniej przywódca tych demonów, którego cień było widać we mgle, nie chciał, żebyśmy wyszli stąd żywi, dlatego zrzucił na nas deszcz, ognia. Nagle wszystko wokół zaczęło się palić, a z nieba spadały ogromne słupy ognia, kule, miejscami nawet płonące skały. Patrzyłem tylko dookoła, jak ludzie, którzy chcieli zawalczyć, ale tak uczciwie, palą się żywcem. W całym tym chaosie, z obłoku zaczęły wyskakiwać znowu demony, nie bały się one ognia. Rozrywani szponami i paleni ogniem nie mieliśmy już jakichkolwiek szans na zwycięstwo, mogliśmy tylko czekać na nieubłagany koniec.
- Do końca! Walczcie do końca, żołn...Ahh! - na kapitana skoczyła  jedna z bestii, która wbiła swoje szpony w jego tułów i zaczęła powoli przecinać pancerz, wraz ze skórą. 
Na szczęście Bran w tym momencie rzucił się na napastnika, odsunął go od kapitana i uderzył prosto w gębę swoją buławą. Demon już się po tym ciosie nie podniósł, a Vabena podniósł Fritz.
- Zabieraj Lazara, próbujemy wydostać się z tego piekła! - krzyknął do mnie.
Ja stałem, zdumiony, a zarazem przestraszony, patrząc się w górę. Kilku żołnierzy robiło to samo, gdyż na niebie pojawiła się ogromna chmura czystego ognia, która leciała wprost na środek pola walki, łąki, która była już tylko pogorzeliskiem. Rzuciłem się na Lazara, przykryłem go swoim ciałem i nagle poczuliśmy uderzenie, żar i straciliśmy przytomność.

  - To, jak wy to przeżyliście? - zapytał karczmarz.
- Nie wiem, Bragir, nie mam pojęcia. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam przed utratą przytomności, było to, jak te wszystkie bestie spaliły się, jak wcześniej my. Ten szaleniec, który nimi rządził, po prostu zabił swoich żołnierzy, nie wiem, może ma ich więcej, ale nadal nie rozumiem czegoś takiego.
- Odbiegłeś trochę od pytania, jak przeżyliście?
- Po przebudzeniu widziałem już tylko popiół, był on wszędzie, niektórych ciał nawet nie było pod nim widać. W tamtej chwili czułem, jakby to był jakiś koszmar, z którego wielce chciałbym się wybudzić. Spojrzałem na Lazara pode mną, na szczęście żył, ale nadal był nieprzytomny. Wstałem i zacząłem rozglądać się wokoło, Arno robił to samo. Fritz podniósł się z ziemi, razem z Vabenem, który opierał się o jego bark. Bran również przeżył, chociaż bitwa odcisnęła na nim swoje piętno, w postaci wypalonej blizny po prawej stronie twarzy. Jeszcze kilku z drugiego legionu również wstało, także ten żołnierz, który zachęcił wszystkich do tego piekła.                                           
- M...musimy wrócić do stolicy, żoł...żołnierze. - powiedział zdyszałym i lekko wypalonym głosem Vaben.
Nagle zauważyliśmy jakiś sztandar, przechodzący za wzgórzem. Była to Kompania Ochotnicza, która miała dołączyć podczas walki.
My jeszcze przez chwilę próbowaliśmy znaleźć jakichkolwiek rannych, bezskutecznie. Truchła trudno było nawet odróżnić od siebie, były tak osmolone i poszarpane, że nie dało się po prostu.
- Gdzie byliście?! Gadaj, żołnierzu! - do Vabena podszedł przywódca kompanii, a kapitan wręcz rzucił mu się do gardła.
- Napadł na nas oddział Baraminów, trzystu dzikusów. Zabili jakąś połowę z nas, przepraszam kapitanie. Nie dało się szybciej.
- Dobrze, w takim razie wybaczam Ci, żołnierzu. Ale spójrz wokół, tutaj była łąka, na której stało pół tysiąca wojowników. A teraz, teraz nie potrafię tego czegoś nazwać, zostało nas może dwudziestu. A widzieliście chociaż, gdzie szła krwawa mgła?
- Tak kapitanie, idzie w stronę Elderonu, a co się tutaj stało, tak dokładnie?
- Na stolicę?! - Vaben krzyknął, a w oczach przywódcy kompanii pojawił się strach. - To demony, chłopcze, cholerne rogate bestie. I ogień, myślisz, że skąd tutaj tyle popiołu? Musimy wracać do miasta, wesprzeć obrońców. Już!

  - Przed wyruszeniem do stolicy zakopaliśmy jeszcze ciała naszych poległych, chociaż Lazar się wahał z oddaniem truchła brata,
- Czyli to, co teraz jest przed murami miasta, to jakieś gniazdo demonów?
- Tak, dokładnie. - zauważyłem Lazara, który siedział samotnie z kuflem piwa w rogu karczmy. - Wybaczcie, ale muszę, chociaż spróbować, pocieszyć druha.                     
Odchodząc od nich słyszałem jeszcze, że gadają coś o tej mgle, że pozabija ich i tak dalej. Za bardzo mnie to nie interesowało, teraz ważniejsze dla mnie było dobro młodego.
- Dobrze się czujesz, Lazar? - złapałem go za bark, a on spojrzał na mnie smutnymi oczyma, wręcz pełnymi rozpaczy.
- Thorak... mogłem go uratować, gdybym, gdybym był szybszy...
- To nie twoja wina, druhu. Nie mogłeś nic na to poradzić, los najwyraźniej tak chciał. - Lazar przytulił się do mnie, a mnie ciekawiło, gdzie są teraz inni jego bracia.           
- Brakuje mi go, wiesz?
- Wiem młody, nam wszystkim go brakuje, większego zawadiaki nie było. - Lazar lekko się uśmiechnął, co mnie też ucieszyło. - Musimy żyć dalej, Lazar. I mieć nadzieję, że już nikt więcej nie zginie.
- Masz rację, Gotfrydzie. - młody usiadł już spokojnie na ławie, dokańczając swój kufel z piwem. - Nie powinienem się smucić, Thorak by tego nie chciał...

  Nagle do karczmy wbiegł Bran, jego rana na twarzy była już opatrzona, ale bliznę będzie miał do końca swoich dni.
- Gotfryd! Vaben Cię szuka. - krzyknął na całą tawernę.
- A czego on chce?
- Słyszałem, że masz z nim iść na naradę do króla, jako jego prawa ręka. No, chodź już. - złapał mnie i popchnął w kierunku drzwi.                                                         
- Idę, idę. - spojrzałem jeszcze na Lazara. - Trzymaj się, młody.
- Wzajemnie, druhu. - uśmiechnął się szczerze. Miałem wrażenie, że już mu trochę przeszło.
Wręcz wybiegłem z karczmy, przy okazji potykając się o jakiegoś pijaka, leżącego na ulicy. To musi być naprawdę ważna sprawa, skoro kapitan wybrał akurat mnie.

II 
                                                                                                                                 
No, to narazie tyle. Kurde, trochę tego wyszło, a to dopiero pierwsza częśc tego rozdziału. No cóż, mam nadzieję że się spodoba bardziej, niż to pierwsze gówienko, które wam tu dałem. Miłego dnia życzę!
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#8
Chętnie ocenię dalszą część, ale
ogólnie sądzę że gf średnio pasuje do długich opowiadań, po prostu nie widać tu całego potencjału jakie ono ma. Co ty na to, aby wrzucić je na jakiegoś bloga?
Tu natomiast pisałbyś krótkie streszczenie + link do najnowszej części.

Mógłbym poszukać dla ciebie kilku klimatycznych zdjęć, żeby upiększyć całość,
napisz mi tylko co by cię interesowało. Może jakieś motywy wojenne? Mogę zrobić dla ciebie galerie zdjęć, tylko napisz mi
co ma na nich być.
Cd bloga, na początek polecam taki w moim stylu. Prosty, ze zdjęciem w tle i wyraźnym tekstem.
Jak chcesz, napisze ci na pw, jak coś takiego ustawić. Oczko Dla mnie to drobnostka, a tobie dużo ułatwi
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#9
Po pierwsze nie słuchaj Martineza i nie używaj kogoś zdjęć bez ich (autorów) pozwolenia. Jeśli już znajdziesz jakiś obrazek do powieści, najpierw zapytaj się autora, czy możesz go użyć. Podanie imienia autora nie wystarczy.

Po drugie
https://www.fantastyka.pl/opowiadania/wszystkie
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:
#10
Zdecydowanie przesadzasz ze zdjęciami, to tylko luźne opowiadanie na forum, a nie żadne komercyjne treści
Wrzucanie zdjęć w takim wypadku jest raczej spoko - pozwala rozwijać jakiś swój styl, zanim zdecydujesz się na pełną opowieść..
Zbyt poważnie i formalnie do tego podchodzisz, a nie ma takiej potrzeby.
Wielu twórców inspiruje się treściami, nim postawią na konkretne pozycje, do swojego cv  i to naturalna kolej rzeczy.
O prawa do soundtracków w tematach raczej się nie pyta - a to to samo.

Rozgraniczmy budowanie PR na czyiś pracach - a czystą estetykę.

Dwa , dzięki za forum, na pewno je przejrze - dokładnie o czymś takim pisałem Honorkowi na pw. Co nie zmienia faktu że, aby zbudować odpowiedni klimat wokół jakiejś powieści, czasem przyda się trochę więcej elementów.
Nie mam nic przeciw samemu tekstowi na forum takim jak fantastyka, (które jest do tego przeznaczone) czy inny wattpad, ale moim zdaniem trochę wyjałowia je to z klimatu, jaki chcesz zbudować.
Find
Reply }}}
Podziękowanie od:

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  




Users browsing this thread:
1 Guest(s)

Silnik forum - © MyBB - Styl forum - iAndrew, grafika - Kithraya, Midas, Bezifabr, Blizzard Entertainment
   
O NAS
Goblin Factory to założone w grudniu 2013 roku forum moderów Warcraft 3 wspólnym wysiłkiem dwóch osób - Scaraba, i WrathaAmona. Celem ich było stworzenie czegoś na wzór starego arcane.pl - miejsca, w którym osoby które wciąż tworzą coś do Warcrafta mogą się spotkać, porozmawiać, zaprezentować swoje dzieła, zapytać o rozwiązanie różnych problemów itd. 22 czerwca 2014 roku Goblin Factory został przeniesiony na nowy silnik, i nowy hosting, a obecnie jest już największym i najpopularniejszym polskim forum dotyczącym Warcrafta 3.