Forum jest aktualnie zamknięte.

Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wichry północy
#1
Raz, gdy się już naprawdę nudziłem, gdy padał deszcz i nie było co robić. Wymyśliłem sobie historyjkę, którą "może" "kiedyś" w jakimś edytorze ożywię :D

Mam nadzieje, że się spodoba.

Wichry północy - Prolog

Kruk przysiadł na gałęzi i bacznie obserwował.

Rutynowy przemarsz wojsk Kampanii Północnej, do świeżo zdobytego przyczółku – starego, wyniszczonego przez wiatr i tutejszy chłodny klimat zamku - położonego na szczycie Samotnej góry, niespodziewanie zamienił się w krwawą jatkę.

Dla kampanii Północnej bitwa, już z początku wydawała się wygrana, mimo iż przeciwnik zaatakował nagle, z ukrycia, z furią. Agresorem byli głównie niedobitki niedawno rozbitego klanu Białego Wilka. Widocznie postanowili zemścić się za upokorzenie, jakim było publiczne ścięcie głowy ich wodza. Nie mieli zamiaru wygrać bitwy, bo i tak nie było na to najmniejszych szans. Chcieli się odpłacić najeźdźcy. Oko za oko. Chcieli pozbawić głowy Generała ardeńskiego wojska.

W większości Ludzie północy posiadali mierne uzbrojenie, kilka zardzewiałych, tępych mieczy, siekierki, naostrzone patyki robiące za włócznie, drewniane tarcze okute rdzawiącym żelazem, skurzane zbroje, albo marnej jakości kolczugi, oraz maczugi i łuki. Natomiast Kampania Północna, była wyposażona w najlepszy sprzęt, jaki tylko może posiadać armia. Toteż ardeńscy żołnierze byli zakuci od stóp do głów w żelazo. Ich miecze nie były tępe i zardzewiałe, nie posiadali imitacji włóczni, tylko porządnie naostrzone halabardy, którymi można by przeciąć człowieka w pół, a ich tarcze nie rozsypywały się w drzazgi przy zetknięciu z ostrzem, czy toporem.

Kruk ciągle obserwował bitewny zgiełk. Było w nim coś dziwnego, coś nienaturalnego. Nie bał się. Nie odleciał gdy bitwa się zaczęła, gdy powietrze rozerwał wrzask bólu i szczęk metalu. Bacznie obserwował. Teraz jego wzrok skierował się na dowódcę wojsk Ardeńskich.

- Zabić tego sukinsyna – ryknął generał wskazując palcem wielgachnego człowieka z północy – skurwiel zabił mi konia.

Straż przyboczna podniosła Generała Kohorta ze śniegu. Twarz miał czerwoną od gniewu, a minę, jakby ktoś właśnie zdzielił go po twarzy. Wyszarpał się sowim ludziom, ryknął na nich wściekle i ruszył za uciekającym drągalem.

- Generale! – krzyknął za nim jeden z jego ludzi – co z bitwą?

- Rozejrzyj się głąbie – skwitował – bitwa już jest wygrana. Teraz liczy się tylko on. Dwóch łuczników i trzech piechurów idzie ze mną. Co się tak gapisz, jak ciele na malowane wrota? To był rozkaz.

Kohort był podstarzałym, ale mimo wieku wciąż ambitnym człowiekiem. Często unoszącym się swą dumą. Zbyt często. Już za młodu robił karierę, jako giermek Leworękiego – rycerza znanego na całym kontynencie z tego, że gdy pechowo stracił prawą dłoń, podczas jednego z turniejów, nie dał za wygraną i nauczył się raz lepiej walczyć lewą ręką. Od czasu utraty ręki, Leworęki wygrał kolejne dziesięć królewskich turniejów z rzędu - nikt przednim wcześniej tego nie dokonał. Natomiast Kariera Generał tak naprawdę rozpoczęła w osiemnasty dzień jego imienia, gdy sam został pasowany na rycerza. Wówczas wybuchła Dwudziestoletnia wojna, w której odznaczył się w wielu bitwach. Najpierw jako żołnierz, potem jako dowódca zdobywając sławę i chwałę. Po wojnie stał się nieocenionym, ważny. Został Generałem wojsk ardeńskich. Prawą ręką samego króla.

Dziś miał stracić swoją własną prawą rękę.

Kruk zakrakał złowieszczo, zatrzepotał czarnymi skrzydłami, wzbił się w powietrze. Zatoczył koło nad polem bitwy, po czym udał się za pościgiem. Widocznie coś przeczuwał.

Stracił dogodną okazję. Jak mógł sobie na to pozwolić? Najemnik z północy, który ośmielił się zaatakować Kohorta, oglądnął się za siebie. Ocenił sytuacje. Pięciu. Nie. Sześciu ludzi podążało jego śladem.

Dwóch łuczników, trzech piechurów i oczywiście on. Przecież nie mógł sobie darować tej zniewagi. Doskonale, byłem przygotowany na taką ewentualność.

Strzała świsnęła tuż nad głową uciekającego drągala, wbijając się drzewo. Biegli teraz po stromym zboczu, usianym gęsto świerkami. Śnieg padał już od kilku dni, to też poruszali się dość wolno. On biegł szybciej, nie miał na sobie tego całego żelastwa, co ardeńczycy. Starali się go zabić albo przynajmniej ranić, zanim dobiegnie do jeziora, znajdującego się u podnóża zbocza. Strzelali na przemian, ale człowiek z północy cały czas chował się za drzewami. To też żadna strzała go nie sięgała. U podnóża zbocza, było jakieś osiem metrów prostej powierzchni, dzielącej linie drzew od dwumetrowej skarpy. Za skarpą było jeziora. Zamarznięte jezioro, otulone mgłą. To była ich najlepsza szansa. Dorwać go między linią drzew, a skarpą.

Drągal zbliżał się do końca zbocza. Łucznicy byli już gotowi. Przystanęli aby wycelować. Czekali na ten jedne, odpowiedni moment. Nałożyli strzały na cięciwy. Naciągnęli do granic możliwości swoje łuki. Wciągnęli lodowate powietrze do płuc. Wycelowali i wypuścili strzały na wydechu. Obaj chybili o włos. Napastnik skoczył i znikną za skarpą.

- Co kurwa, jak mogliście chybić? – zaklną generał – Wy się nazywacie doborowymi strzelcami… Dupa jesteście, nie strzelcy. Za nim! Chce widzieć jego trupa. Chce patrzyć, jak powoli uchodzi z niego życie.

Kruk teraz szybował nad jeziorem, jak sęp nad swoją ofiarą. Zataczał coraz to mniejsze kręgi. Widocznie mgła mu nie przeszkadzała, bo cały czas spoglądał w dół, bacznie obserwując poczynania Kohorta.

Generał i jego straż przyboczna podążali po woli śladami drągala. Łucznicy na przodzie, Kohort z tyłu, a w pośrodku miecznicy. Na szczęście lud wydawał się być twardy jak skała. Lecz nie on był ich największym problemem. Bardziej niepokoiła ich ta mgła. Otwierała się przed nimi i zamykała w ciasnym okręgu. Ograniczała im widoczność. W razie ataku łucznicy mieliby tylko ułamki sekund, by właściwie zareagować. Nagle coś przed nimi zastukało. Jakby uderzenie metalu o lud. Dźwięk ten wywołał przerażenie wśród ludzi Generała. Co jeśli łowca stał się zwierzyną…

- Co to było? – zapytał jeden z łuczników – Słyszeliście? Widzicie go?

- Jest blisko – Krzyknął do swoich ludzi Kohort. – Miejcie się na baczności.

Pojawił się nagle, niespodziewanie, z ich lewej. Strzelec znajdujący się najbliżej zbliżającego się wroga, odruchowo, w panice, na widok potężnego drągala z toporkiem w prawej dłoni i sztyletem w lewej, wystrzelił strzałę. Był to bardzo nie celny i zgubny strzał. Natomiast drugi z łuczników zachował zimną krew. Choć nie miał zbyt wiele czasu, wycelował i wypuścił strzałę. Jednak nie zauważył, że drągal to przewidział. Tuż przed strzałem składał się do piruetu, co pozwoliło mu uniknąć trafienia. Strzała musnęła jego plecy. Teraz napastnik wychodząc z obrotu posłał silnie, nie tracąc przy tym na precyzji, niewielki toporek w stronę najbliższego strzelca. Ten padł od razu, jak porażony piorunem, z wbitym toporkiem między oczyma.
Napastnik, nie mógł dopuścić do kolejnego strzału, to też mijając padającego łucznika wpadł w kontrolowany poślizg. To ich zaskoczyło. Dojechał wpół zgięty do drugiego strzelca. Ciął go szeroko po udzie raniąc go dotkliwie. Krew obficie buchnęła z rany. Strzelec zawył, zakręcił się i upadł na lud rozpaczliwie starając się zatamować krwawienie. Już po chwili było po wszystkim.

Człowiek z północy podniósł się z lodu, inni teraz dopiero zauważyli, że podeszwa jego butów jest naszpikowana kolcami. Wściekli, zdezorientowani miecznicy pomknęli w jego stronę. Drągal nie musiał się zbytnio wysilać, bo pierwszy z atakujących go rycerzy wpadł w poślizg tuż przed nim. Drągal chwycił go za szyję i korzystając z jego impetu cisnął nim o lud rozbijając mu czaszkę. Potem ruszył niespodziewanie do przodu. Nie spodziewali się, że taki olbrzym może być tak szybki. Dobył kolejny sztylet zza pasa, wyprzedzając cios wroga ugodził atakującego go miecznika pod pachą. Ten zawył, wypuścił ostrze z rąk i padł na kolana trzymając się za bok. Ostatni z mieczników szeroko zamachną się mieczem. Drągal zwinnie zanurkował pod ostrzem, w przelocie wbijając sztylet pod zgięcie kolana miecznika. Od razu go wyszarpał. Znajdując się teraz za plecami ostatniego piechura, nie mógł nie wykorzystał sytuacji. Szarpnął go za hełm, odsłaniają szyję i poderżnął mu gardło. Na koniec cisnął poplamionym krwią sztyletem, w plecy klęczącego opodal piechura dobijając go.

Jeszcze tylko jeden. Czas na finał. Lubię ten moment, gdy odkrywa się wszystkie karty. Gdy ofiara zdaje sobie sprawę, że to koniec, że nadchodzi to co nieuniknione.

Generał stał jak wryty obserwując krwawą jatkę. Nie ruszył się, gdy padł pierwszy z jego ludzi. Nie ruszył się, gdy stracił kolejnego. Nie drgną, gdy padali jego rycerze. A Teraz stał twarzą w twarz ze swoim wrogiem. Sparaliżowany strachem. Strachem przed śmiercią? Nigdy przedtem się tak nie czuł. Nie mógł nic powiedzieć, nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Po prostu stał i się patrzył. Czuł się jak więzień we własny ciele. Był jak skazaniec, który może tylko patrzeć, jak kat unosi swój miecz i wysyła go na tamten świat.

- Nie dobędziesz nawet miecza? – zdziwił się drągal – nie będziesz walczył o swoje życie? Co z twoją dumą? Przynajmniej zginąłbyś z honorem…

Słowa napastnika wyrwały Kohorta z osłupienia. Zaczynał odzyskiwać kontrolę nad swoim ciałem. Spojrzał teraz trzeźwo na człowieka stojącego przed nim. Leworęki uczył go, żeby oceniać przeciwnika przed walka. Znaleźć jego słabe strony i wykorzystać je bez skrupułów. Ale drągal zdawał się być ich pozbawiony. Był ogromny, wyższy od generała o głowę, a łapy miał potężne jak niedźwiedź. Jego twarz była jak skamienia, a puste spojrzenie wręcz przyprawiało o ciarki. Nawet lud, na którym się teraz znajdował był jego wrogiem.

- Podczas bitwy wydawało mi się, że jesteś większy? – odpowiedział, z początku drżącym głosem, chodź starał się ukryć swój strach – Taką kupę mięcha raczej bym zapamiętał, ale powiedz, znamy się?

Czy się znamy? – na krótką chwilę, na twarzy drągala pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu – Nadałem sobie własne imię. Tak jak zrobiła to reszta moich braci. Jestem Duch. Należę do organizacji, z którą tak zacięcie walczyłeś podczas Dwudziestoletniej wojny. Jestem cieniem z przeszłości, który wypełzł by ogarnąć twój świat. Twoje pozorny zwycięstwo, nie miało znaczenia. Mówiłem Ci to wtedy, pamiętasz?

- Nie.

- Kpij sobie. Twoje słowa nic nie zmienią, bo Bratobójcy powrócili. Potężniejsi niż kiedykolwiek wcześniej. Zmotywowani do działania. Nic nas nie powstrzyma.

- Bratobójcy? – Dopiero teraz sobie przypominam.

- Ano, bratobójcy…

- Nie mogłeś od tego zacząć? – Dotarło do niego, jak bardzo ma przejebane – Przecież was wszystkich powiesiłem. To coś ty za jeden? Za ciężki byłeś i lina się zerwała?

- Dość mam twojego gadania – Odpowiedział gniewnie Duch - twoi ludzie zapewne cię już szukają, a ja nie mogę tracić więcej czasu. Mam zadanie do wykonania.

Generał dobył miecza, starał się to zrobić najszybciej jak tylko potrafi. Duch tylko na to czekał. Momentalnie skrócił dzielący ich dystans i pchnął generała do tyłu. Ten upadł boleśnie na lud, a jego miecz wylądował kawałek dalej. Drągal kopną leżącego w bok, potem z góry w pierś i znowu w bok. Kohorta ogarną dotkliwy, paraliżujący ból. Czuł, że ma połamane żebra, w dodatku nie mógł złapać tchu. Czuł, że zbliża się jego koniec. Duch splunął, poszedł po miecz generała i stanął okrakiem nad konającym.

- Jakieś ostatnie życzenie? – zapytał Duch drwiąco, kierując ostrze ku dołowi.

- Obyś skończył gorzej niż ja sukinsynu – odpowiedział mu z trudem, plując krwią.

Ostrze przebiło zbroję, ciało i wbiło się w lud.

Kohort w ostatnich chwilach swego życia, skierował swój wzrok ku niebu. Mgła ustąpiła. Widział teraz wyraźnie czyste, błękitne niebo i coś jeszcze. Zobaczył, kruka krążący nad nim. Czarne skrzydła zdawały się zbliżać coraz szybciej i szybciej, by po chwili przysłonić mu całe niebo.
Odpowiedz
  


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości